Przewróciłem oczami i spojrzałem na zegarek na lewej ręce. Cholera, pomyślałem, jeszcze dwadzieścia minut do dzwonka... Czyli nici z wymigania się od oprowadzania jakiejś nieuważnej dziewczyny. W pobliżu nie widziałem nikogo, kto byłby "tak miły" i zrobił to za mnie, więc, chcąc nie chcąc, musiałem to zrobić.
- A co będę z tego miał? - zapytałem, w oczekiwaniu, iż Siri znudzi się i odejdzie
- Przyjemność z towarzyszenia mi? - puściła do mnie oczko, co było dość dziwne, ale ta odpowiedź była dużo lepsza niż głupawe jąkanie.
- Ta, faktycznie. Aż ciepło się na sercu robi... - burknąłem. Nienawidziłem być w sytuacji bez wyjścia. - Dobra, chodź, bo nie mamy dużo czasu.
To powiedziawszy, skierowałem się w kierunku szatni.
- To są szatnie. Wiesz, tu są szafki, i tu się przebiera - zauważyłem omiatając wzrokiem wejście do pomieszczenia, w którym dwie świetlówki migotały słabo. Ledwo szkołę otworzyli, a już im się prąd chrzani.
- Nie mów do mnie jak do dziecka! - powiedziała nieco zdezorientowana - przecież wiem od czego są szatnie.
- Mówisz, że wiesz? Ale ja mówię na wszelki wypadek... gdybyś nie wiedziała. - uśmiechnąłem się łobuzersko, po czym obróciłem i wskazałem na wąski korytarz, na którego końcu mieściły się ogromne drzwi. - Tam jest sala gimnastyczna, i...
- Tak, wiem, tam się ćwiczy. Tam jest w-f. - przerwała mi, śmiejąc się.
- Na urodziny kupię ci order za spostrzegawczość. - odparłem gasząc jej entuzjazm, tym samym zasłużyłem sobie na bardzo zagniewane spojrzenie Sashy. - Zdradzę ci sekret - szepnąłem - to ja jestem ten złośliwy.
- Na pewno nie jesteś złośliwy. Po prostu lubisz się w takiego bawić! - spojrzała na mnie w taki sposób, jakby właśnie odkryła niezwykły okaz niebieskiego psa.
- Niech ci będzie, chodźże... - wciągnąłem ją za rękę po schodach na parter, po krótce streściłem jej gdzie znajduje się gabinet dyrektorki, świetlica i wyjście na dziedziniec.
- Lubię dziedziniec. Jak znam życie, poza gabinetem dyrki będę przesiadywał pod tymi drzewami, czy coś w tym stylu.
- Mówisz zbyt szybko... zapiszę sobie notatkę; "Castiel Ravinson - szukać na dziedzińcu" - znów do mnie mrugnęła.
- Mam wrażenie, że coś wpadło ci w oko, strasznie często mrugasz. Może jak się popłaczesz, to pozbędziesz się tego paprocha. A swoją drogą... skąd wiesz jak mam na nazwisko? - spojrzałem na dziewczynę spod zmrużonych powiek.
- Spis uczniów wisi na drzwiach - kiwnęła głową w stronę wyjściowych drzwi.
- To wszystko wyjaśnia... - parsknąłem i odwróciłem się w kierunku schodów. Poręcz była gładka i połyskliwa, a stopnie - póki co - czyste. Nie sądziłem, że ten budynek będzie w miarę przyjemny dla oka.
- Pierwsze piętro, tu jest najwięcej klas. Sala A, B, C... i tak dalej. Tam jest... - urwałem, albowiem w słowo wszedł mi dzwonek na lekcje. Tabun istot zwanych uczniami wyładował korytarz. Musiałem złapać Siri za ramiona i przyciągnąć ją do siebie, bo wielki, czarnoskóry chłopak niemalże by ją stratował. Warknąłem w jego kierunku.
< Siri? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz