Kiedy pociąg zatrzymał się w miejscu w końcu odetchnąłem z ulgą. Podróże środkiem lokomocyjnym innym niż samochód czy łódź zawsze były źle znoszone przez mój organizm. Ran wyskakując na peron krzyczała coś o pięknym mieście, licznych samochodach i przewijających się ludziach. Mama musiała wyskoczyć za nią, albowiem bała się, iż dziewczynka zniknie w tłumie kotłujących się ludzi. Ja natomiast, łapiąc za rękę mojego brata powoli wyprowadziłem go po stopniach na betonowy chodnik.
Już w sekundę po opuszczeniu zielonego pociągu obmalowanego w żółte, niebieskie i białe pasy reklamujące firmę Travel, poczułem jak uderza we mnie fala zwątpienia; uczucie ciasnoty, duszności i lęk przed przebywaniem w obcym środowisku były jedynie objawami klaustrofobicznego nieszczęścia, jakie spadło na mnie w wieku sześciu lat, kiedy to zamknąłem się w pustej szafie nowego mieszkania, a mosiężne drzwi skutecznie zaklinowały mi wyjście. Prawdopodobnie płakałem tam przez całą godzinę, podczas gdy moi rodzice biegali po dworcu szukając swego zagubionego syna.
Teraz jednak, czując drobne paluszki zaciskające się na mojej dłoni, coś kazało mi brnąć dalej przez tłum, który w moim wyobrażeniu był ogromny. Szybko jednak dostrzegłem tatę ściskającego w rękach rączkę walizki. Mama taszczyła dwie torby i mniejszą, czarną walizkę. Ran niosła swój plecak i z bardzo zirytowaną miną trzymała również plecak mojego brata. Ren odziedziczył po mnie strach przed tłumem i teraz, cała jego wesoła osobowość zdawała się ulotnić.
Dzień był ciepły, amerykański klimat nijak przypominał japońską pogodę o tej porze roku, jednak wolałem nie marudzić. Łapiąc rączkę swojej walizki, poprosiłem Rena aby puścił mnie na chwilę, gdyż musiałem poprawić szeroką, czerwoną torbę w której znajdowały się moje najważniejsze przedmioty; zaczynając od kąpielówek, przez pluszową orkę sporych rozmiarów, kończąc na głowicy mojej łopaty, której trzon upchnięty był w największej z waliz.
Kiedy większość ludzi rozbiła się po kontach, a duszności minęły Ren ożył i bawiąc się z siostrą wypytywał o różne rzeczy tatę. Skupiłem się na oglądaniu wysokich budynków piętrzących mi się nad głową.
Wszyscy, kierując się za niezawodnym zmysłem orientacyjnym ojca, udaliśmy się do pobliskiej kawiarni aby odpocząć po podróży. Wnętrze lokalu było przyjemne, przestrzenne i wentylowane, a sama kafejka miała sporo klientów. Gdy mama skierowała się do lady aby zamówić nam jakiś deser, zawiadomiłem drugiemu rodzicowi, że wyjdę przed budynek aby trochę odetchnąć.
Jak się okazało, deptak był pusty, wszyscy amerykańscy przedsiębiorcy kierowali się do firm, a wczesna godzina dodatkowo oddziaływała na sposób 'zaludnienia chodnikowego'.
Kiedy obracałem się, spacerując po przedmieściu, dostrzegłem bardzo dziwną, roześmianą postać, która biegnie w moją stronę. Sądząc po krótkiej czuprynie blond włosów był to chłopiec, który rozpychając się przez nieliczne osoby był coraz bliżej. Dopiero gdy zmrużyłem oczy i dostrzegłem błysk różowawego spojrzenia, pełnego życia i energii zdałem sobie sprawę, że to... Nagisa!
- Mako-chan! - głośny krzyk odbił się od ścian drapaczy chmur i uderzył we mnie ze zdwojoną siłą w momencie, gdy to Nagisa rzucił mi się na szyję. Choć chłopak był leciutki, szok spowodowany widokiem przyjaciela ledwo pozwolił mi na utrzymanie blondyna. Jego ręce z ogromną siłą zaciskały się na moim karku, co, przyznaję - nieco bolało.
- Nagisa... udusisz mnie. - wycharczałem odrywając od siebie Nagisę.
- Makooo! - zawołał zawodząc - nie cieszysz się!?
- Nawet tak nie mów! - zaśmiałem się cicho - bardzo się cieszę, nawet nie wiesz jak bardzo, ale trochę boli gdy z całego rozpędu rzucasz się na mnie.
Chłopak uniósł rękę na znak przeprosin, a potem zbliżając się do mnie z dużo większą delikatnością objął mnie a łzy spłynęły mu po policzkach.
- Tęskniłem za tobą. Bardzo za tobą tęskniłem. - szepnąłem mierzwiąc czuprynę przyjaciela.
- Ale... co tak właściwie tutaj robisz? Dlaczego nie zostałeś w Japonii?
- Eh... - westchnąłem czując, że zrobiłbym coś bardzo złego nie tłumacząc niczego własnemu przyjacielowi. Temu, który był ze mną w tak ciężkich chwilach - Haruka mnie potrzebował.
I właśnie wtedy oczy Nagisy zabłyszczały jaśniej niż tysiące gwiazd, jego drobna twarzyczka rozpromieniała jeszcze bardziej niż w chwili, w której mnie zobaczył, a szczery uśmiech jakim mnie obdarzył stał się powodem do śmiechu.
- Czyli... HARUŚEK TEŻ JEST W TYM MIEŚCIE?! - krzyknął uradowany jak nigdy dotąd - Makoto! Szybko! PĘDZIMY DO HARUKI-CHANA! - to powiedziawszy, złapał mnie za rękę i szarpiąc z całej siły chciał pociągnąć w znanym tylko sobie kierunku.
Śmiejąc się głośno, złapałem przyjaciela za ramiona i postawiłem przed sobą.
- Poczekaj chwilę, moi rodzice na mnie czekają, a poza tym Beverly Hills wcale nie jest małym miastem, więc bez dokładnych namiarów szukanie Haru to jak szukanie igły w stogu siana. - wytłumaczyłem mu uśmiechając się łagodnie.
Nagisa wydał z siebie cichy pomruk, uniósł palec jak gdyby dostał olśnienia, a później puścił do mnie oczko w iście nagisowski sposób.
Ciekaw byłem, co też on wykombinował.

< Nagisa? Jakiś pomysł *.* >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz